czwartek, 8 lutego 2018

Przyjemny przerywnik


Zgodnie z obietnicą, nauczycielka oddała kartkówki z języka niemieckiego pod koniec lekcji. Gdy Magdalena spojrzała na dopiero co otrzymałą pracę, zamrugały wszystkie światła w sali.
– Madzia znowu dostała pałę z niemca! – zaśmiał się ktoś z tyłu.
– Nic na to nie poradzę –  jęknęła dziewczyna. – Mam uraz do Niemiec i ten język nie wchodzi mi go głowy.
– Jakim cudem demon może mieć jedynkę z niemieckiego? Chyba umiesz mówić po demoniemu, prawda?
– Wbrew powszechnej opinii język demonów w niczym nie przypomina szwabskiego. Demonii jest o wiele bardziej wyraźny, czysty i wyrafinowany. Ma też o wiele prostszą gramatykę – wyjaśniła. – A niemiecki brzmi jakby ktoś miał nadmiar śliny w ustach – burknęła.
– A możesz powiedzieć coś w tym języku? – poprosiła zaciekawiona nauczycielka.
– To nie jest dobry pomysł – odmówiła. – Dla mnie brzmi pięknie i magicznie, ale zwykłym ludziom krwawią uszy. Wszystko zależy też od mocy włożonej w słowa, bo i zgony się zdarzały…
– To może lepiej nie…

Język niemiecki był ostatnią lekcją tego dnia, pozostałe zostały odwołane z powodu szkolnej imprezy. W trakcie rady pedagogicznej, dyrektorka doszła do wniosku, że trzeba jakoś rozładować napięcie, jakie wywołała w uczniach informacja o istnieniu demonów i artefaktu, dlatego postanowiła zorganizować bal karnawałowy. Na motyw przewodni wybrała weneckie maski. Decyzję podjęto dość spontanicznie. Wszystko trzeba było zorganizować w ciągu tygodnia, potem zaczynały się ferie, w które udało się zorganizować wyjazdy dla uczniów.
Pani Trzeciak miała rację, z powodu tej niewielkiej imprezy, jej podopieczni zapomnieli o problemach. Ich głowy zaprzątało przygotowanie wystroju, zaplanowanie ubrań, oraz wymyślenie sposobu na przemycenie alkoholu do szkoły. Zdążyli już częściowo przywyknąć do nowej sytuacji. Przez dwa tygodnie nikt nie widział żadnego demona, a Madzia wciąż znajdowała się w pobliżu. Byli tylko nastolatkami, beztroskie życie to ich specjalność, mimo grozy, która powinna miedzy nimi panować, bez trudu prowadzili normalny tryb życia.
Zaczęli również dostrzegać, że Magdalena jest całkiem zwyczajną osobą. Trzymała się raczej na uboczu i nie szukała kontaktu z innymi uczniami, jednak jej zachowanie w żaden sposób nie odbiegało od normy. Gdy się denerwowała, elektryka zaczynała wariować, czasem używała mocy do przestraszenia innych, ale wszyscy uznawali to za zabawne. Nikt już nie pamiętał, dlaczego nastolatka była celem kpin i szykan. Ludzie, którzy nigdy nie brali udziału w dręczeniu demonicy, nie mogli zrozumieć, jakim cudem stała się ofiarą.
Większość dziewczyn wariowało z powodu krótkiego terminu przygotowań. Musiały kupić i zaplanować ubrania oraz dodatki, a to wymagało sporego nakładu czasu. Magda postawiła jednak na wersję ekonomiczną. Pół roku wcześniej natknęła się w lumpeksie na czarną suknie wieczorową ze złotymi zdobieniami. Mimo porwanych rękawów i pobrudzonego dołu, nastolatka stwierdziła, że strój miał potencjał, dlatego zdecydowała się wydać parę złotych. Na tę okazję nadawał się wprost idealnie.
Madzia nie miała wcześniej ani czasu, ani ochoty na zajmowanie się kiecką, ale w końcu wzięła się do roboty. Przeróbka zajęła jej kilka godzin. Odpruła rękawy i skróciła spódnicę pozbywając się przy okazji plam. Zmieniła w ten sposób długą suknie wieczorową w małą czarną. Zamierzała również zrezygnować z butów na obcasie, których nawet nie miała, i założyć glany z wysokimi cholewkami. Jeśli zaś chodzi o dodatki, to maska w weneckim stylu i długie, czarne rękawiczki zostały zakupione w chińskim markecie.
Demonica była jedną z niewielu uczennic, które postanowiły zostać po lekcjach aby pomóc dokończyć przystrajanie sali gimnastycznej. Większość osób, zajmujących się wieszaniem dekoracji, stanowili chłopcy. Dziewczyny wolały wrócić do domu i poświęcić się urodowym obowiązkom. Magdalenie dwie godziny nie robiły jednak różnicy, dla niej ważne było to, że wystrój wyglądał cudnie.
Pod sufitem wisiały błyszczące serpentyny, drabinki zostały pokryte czerwonym suknem. Przyczepiono do niego złote balony, oraz papierowe wachlarze, a ponad nimi wiły się kolorowe lampki choinkowe. Na parkiecie leżała, zawsze używana podczas takich imprez, brązowa wykładzina. Pod ścianami ustawiono ławki, które nakryto białymi obrusami i posypano brokatem. Uczniowie mieli przynieść później jedzenie oraz naczynia, aby stworzyć szwedzki bufet. Ochotnicy zajmowali się salą gimnastyczną od dwóch dni, ale udało im się stworzyć nastrojowe miejsce.
Gdy Magda wreszcie dotarła do domu, było po piętnastej. Bal miał rozpocząć się o osiemnastej, dlatego postanowiła poświęcić część wolnego czasu na dokończenie pakowania się na ferie. To miała być jej pierwsza wycieczka od czasu zielonej szkoły w piątej klasie, gdzie uczniowie zamknęli ją w szafie. Żaden nauczyciel nie wpadł na to, aby poszukać dziewczynki. Kiedy udało się jej wyłamać zamek i uwolnić, dostała karę za to, że spóźniła się na zbiórkę i nie poszła na zwiedzanie miasta. To nie był najgorszy wyjazd nastolatki, ale od tamtej pory miała uraz do wycieczek szkolnych i unikała nawet klasowych wyjść do kina czy teatru.
Zielona szkoła trwała tylko trzy dni, a wyjazd na ferie miał obejmować cały tydzień, Magdalena obawiała się tego, co może ją spotkać, ale chciała się wreszcie przełamać i jakoś wyjść do ludzi. Uczniowie wreszcie przestali okazywać swoją nienawiść, więc był to idealny moment.
– Jesteś pewna, że chcesz tam jechać? – Jej rozmyślania przerwała mama.
– Przecież już zapłaciłyśmy, nie można tego odwołać.
– Ale czy na pewno dasz radę?
– Pewnie, od dawna nie płonęłam przez sen, moje moce wariują trochę mniej niż zwykle, do tego ludzie ze szkoły wydają się wreszcie mnie lubić – uspokoiła matkę.

Magdalena wysiadła z samochodu pod szkołą. Pakując się na wycieczkę straciła poczucie czasu, więc była odrobinę spóźniona. Nie licząc butów, jej strój kosztował mniej niż dwadzieścia złotych, dziewczyna wyglądała jednak oszołamiająco. Całości dopełnił delikatny makijaż, oraz włosy związane w niedbały warkocz.
Mama pomogła Magdzie wyciągnąć ciasta z auta. Mimo otwartej niechęci i prześladowania demonicy, uczniowie od zawsze uwielbiali wypieki pani Sosnowieckiej i nie potrafili ich sobie odmówić. Kobieta w ten sposób zapewniała córce pozytywne oceny z zachowania niemal od początku jej edukacji. Tym razem, gdy nastolatka wydawała się być szczęśliwa, matka postanowiła postarać się jeszcze bardziej i upiekła trzy blachy.
– Pomóc ci to zanieść? – spytała kobieta.
– Nie trzeba – odpowiedziała, kładąc swoją maskę i torebkę na stosie pudełek. – Dam sobie radę.
Dziewczyna pewnie chwyciła opakowania i ruszyła w stronę szkoły. Gdy zrobiła kilka kroków, potknęła się o wystającą płytę chodnikową.
„ No kurwa, jednak nie dam rady” – pomyślała gdy leciała na ziemię. Szybko skupiła się i użyła mocy, aby zatrzymać swoje rzeczy w powietrzu, sama wylądowała na kolanach. Ostrożnie wstała, ciesząc się, że jej rękawiczki oraz ciasta są całe. Ludzie mają dziwny system wartości…
– Tylko mi się tu nie zabij! – krzyknęła jej matka, ponownie wysiadając z samochodu.
  Dzięki  mamo – jęknęła. – To świetna rada dla demona.
– Czy ty przypadkiem nie masz daru widzenia w ciemności? – kontynuowała. – Boję się pomyśleć, co by się stało, gdybyś założyła szpilki…
– Czy możesz przestać się ze mnie nabijać?!
– Dobrze wiesz, że nie – zaśmiała się. – Pokaż no się. – Zaczęła otrzepywać sukienkę córki. – Dobra, wciąż jesteś śliczna, a to zadrapanie na kolanie zagoi się w ciągu kwadransa. Dobrze, że nie założyłaś rajstop…
– Widzę, że przejęłaś się tym, że się potłukłam – fuknęła, udając obrażoną.
– Kochanie, przypominam, że raz wróciłaś do domu z twarzą nadpaloną kwasem, gdybym nad każdą twoją raną rozczulała się jak normalna matka, to już dawno bym zwariowała – odpowiedziała. – Idź już, bo spóźnisz się jeszcze bardziej.
– Dobrze mamo – mruknęła nastolatka, po czym skierowała się w stronę wejścia do budynku.
– Magda! – krzyknęła za nią matka.
– Co znowu? – jęknęła.
– Ściągnij te ciasta, zanim ktoś je zauważy.
Dziewczyna skarciła się w myślach za swoją głupotę, po czym ostrożnie ułożyła na swoich rękach wszystkie rzeczy. Dziękowała Bogu za to, że nikt nie widział jej wpadki. Do szkoły dotarła już bez żadnych przygód.
Kiedy zostawiła płaszcz w szatni, natychmiast skierowała się na piętro do sali gimnastycznej. Gdy główne światła zostały zgaszone, a lampki choinkowe włączone, dekoracje robiły piorunujące wrażenie. Stół uginał się od różnych napojów i przekąsek, ciężko było znaleźć miejsce na ciasta pani Alicji. Na balu było mnóstwo ludzi, impreza już dawno trwała by w najlepsze, gdyby nie to, że szkolne głośniki uległy drobnej awarii i były właśnie rozkręcane przez grupkę uczniów na korytarzu.
Magdalena, zajęta rozkładaniem wypieków, kątem oka spostrzegła, że w jej stronę idzie Justyna, zaraz za nią podążały jej psiapsióły. Wszystkie miały na sobie szykowne kreacje. Klara poszła nawet krok dalej i założyła długą, czarną suknię wieczorową wyszywaną cekinami. Nie odmówiły sobie również wizyty u kosmetyczki i fryzjera. Zdecydowanie wyróżniały się na tle reszty uczniów, którzy mimo posiadania odświętnych strojów, nie zainwestowali aż tyle w swój wygląd. Dziewczyny wyglądały, jakby przyszły na jakąś galę, a nie szkolną imprezę. Nawet ich maski sprawiały wrażenie niesamowicie drogich.
– Zarąbista kiecka – stwierdziła Justyna. – Gdzie ją kupiłaś?
– W lumpeksie – odparła bez namysłu demonica.
– Serio?! Nie domyśliłabym się. Jesteś odważna, skoro się tak otwarcie do tego przyznajesz.
Magdalena w ostatniej chwili ugryzła się w język. Nastolatki na własne oczy widziały, jak w pojedynkę walczyła z trzema pomiotami. Przyjęła na siebie atak, aby ochronić innych, ale była odważna dlatego, że przyznała się do kupowania ubrań w second handzie. Ludzie naprawdę mają dziwny system wartości.
– Bo wiesz, ja przez kilka godzin biegałam po najmodniejszych butikach – kontynuowała. – Klara zrobiła podobnie, jedynie Karolina nie miała w tym tygodniu czasu na zakupy i kupiła sukienkę w Zarze. Na szczęście wciąż trwa sezon studniówkowy i łatwo coś znaleźć…
– A mówisz mi to wszystko bo?
– A no tak, bo mam do ciebie sprawę i chciałam jakoś zagadać – zreflektowała się. – Trochę głupio wyszło z tymi świętami, więc mam dla ciebie prezent teraz – powiedziała, po czym wręczyła Magdzie małą torebeczkę. – Te perfumy wybrała moja mama, mam nadzieję, że ci się spodobają.
– Jasne, twoja mama na pewno ma świetny gust. – odpowiedziała Magdalena.
Dziewczyna przyjęła podarek, po czym wyjęła niewielką buteleczkę z opakowania. W domu posiadała jedynie perfumy z Hello Kitty, kupiła je jeszcze w podstawówce. Już dawno były przeterminowane, ale za każdym razem jakimś cudem umykały jej podczas generalnego sprzątania. Nastolatka nie znała się na zapachach, w ogóle nie lubiła się perfumować, jednak była pewna, że misternie zdobiony flakonik, który właśnie trzymała, kosztował kupę kasy. Żal jej było go otwierać, dlatego schowała prezent do torebki, z zamiarem wypróbowania go w domu.
– A maskę do gdzie kupiłaś? – podjęła po chwili Klara.
– W chińskim markecie – westchnęła Madzia.
– To my już pójdziemy. – Speszyła się, zupełnie jakby usłyszała coś gorszącego. – Jakbyś chciała, to pod zasłoną, po lewej stronie od drzwi jest kilka butelek wódki i jedna whisky.
– Jasne, dzięki.
 W tym samym momencie demonica zauważyła, że talerz z ciastem, który jeszcze przed chwilą znajdował się w ręce Sary, jej koleżanki z klasy, leciał właśnie na ziemię. Magdalena niewiele myśląc użyła telekinezy aby uchronić  wykładzinę przed zabrudzeniem, po czym ostrożnie ułożyła talerzyk z plackiem na dłoni dziewczyny.
– Wow, wielkie dzięki. – Po tych słowach podeszła do Magdy. – Stałaś jakieś dziesięć metrów ode mnie, a mimo to złapałaś moje ciacho.
– Nie ma za co. – Madzia podejrzewała, że Sara Łucznikowska znowu jest naćpana. – Zdążyłam to już dzisiaj przećwiczyć na większą skalę.
– A obciągniesz mi na odległość?! – zawołał Mariusz Sas, który stał na pod ścianą z kolegami.
Demonica uśmiechnęła się złowrogo, jej oczy rozbłysły czerwienią, gdy skupiła się na spodniach od garnituru Saska. Owinęła materiał wokół jego klejnotów, następnie zwinęła go tak mocno, że chłopak jęknął z bólu i padł na podłogę, wywołując przy tym salwę śmiechu.
– Zawsze chciałam to zrobić – oświadczyła dziewczyna, po czym przybiła piątkę z Sarą.
– Jest niegroźna, tak? – mruknęła znajdująca się po drugiej stronie pomieszczenia pani Sokół.
– On sobie na to zasłużył pani Marysiu – odparła stojąca obok niej dyrektorka, po czym upiła kolejny łyk soku z wódką, którą podkradła uczniom.
Miała powoli dosyć tej demonicznej afery.


Nie wiem czy widzieliście, ale pisałam na fanpage, że mój laptop umarł na tyle, że nie jestem w stanie nic opublikować, ani nawet wejść na bloggera. Stąd takie duże opóźnienie w publikacji, następny rozdział postaram się wrzucić za kilka dni. Nowy laptop dostałam w spadku po jakimś grafiku komputerowym, mam teraz tak dobrą grafikę, że szablon bloga stał się dla mnie irytujący. Błagam, powiedzcie, że tylko ja widzę te pojebane zielone i pomarańczowe tony w nagłówku, bo nic nie mogę z tym zrobić. Przeglądarka zdjęć swoje, a blogger swoje.
Ten rozdział jest krótszy od innych, głównie dlatego, że nie wnosi nic ciekawego do fabuły, ale takie rozdziały też muszą się pojawiać. Jak wam się w ogóle podobała ta scena? To opowiadanie miało być w dużej mierze komedią, ale póki co marnie mi to idzie, więc postanowiłam nadrobić to częścią, w której nie ma demonicznej akcji.
Zrobiłam również ilustrację. W święta miałam się uczyć, dlatego napisałam 8 rozdziałów i 2 rysunki, oto pierwszy z nich. Wciąż nie mam tableta i pewnie długo nie będę miała.  Rysuje touchpadem i dobrze mi z tym? Co myślicie? Wyszło mi chociaż trochę?